głos. chory, słaby, udręczony. A potem nagle, ogromnymi woltami siły ból wznosi się do najwyższego diapazonu. Dramat piętrzy z dołu do góry olbrzymie tarasy i niebawem spada z nich, z wyżyn, jak z górnych eterów Ikar, i w dole, złamano-skrzydłym dole słychać cudowne, młodzieńcze lamenty. I znowu żałość i modlitwa, i ukazywanie zbroczonego krwią pelikana własnej jaźni, jak rozdziela wielkie ciosy dzioba, przepieśnione w akordy stanowcze jak młoty. Spowiedź zamienia się na wyrok dla siebie, namiętny, gwałtowny, który druzgoce i ciska o ziemię, to znowu podrywa się i szybuje w górze, zamieniony w mgłę, jak zbłąkany albatros, kiedy szuka zburzonego gniazda miłości. To jak rybitwa płacze nad obszarami rozlanych jezior, to wali kamiennymi wyrzutami w pierś krzywdzicieli. Zerwał wszystkie więzy, strzaskał pęta wstydu męskiego, tarza się w męce, grzmi i huczy żalem otwarcie, szeroko, wylewnie, i oto spływa nań ulga - spływa i na nas - i głaz przestaje tłoczyć. Bo skarga znalazła oto najwyższą, najkrótszą, konieczną linię wybuchu. Ból utrafił we własne łożysko swego wyrazu i wyzwolenia, tnie i kraje pełnym ostrzem. Łzy dotąd powstrzymywane i strumienie słów dotąd tamowane - wydobywa laska nieomylnego mistrza. Siebie i nas
— 112 —