noc księżycową, cichą, błądzisz po osamotnionym placu Sw. Marka w Wenecji; obok ciebie cicho kołysze się morze, a z daleka lekki wietrzyk przynosi ci dźwięki jakieś fantastyczne, niby echo melodii z tamtego świata. Nagle czujesz w powietrzu jakieś niepokoje: dolatuje cię wrzawa, coraz rosnąca, dzikich, szalonych głosów; aż wpadają na scenę walczący jacyś ludzie w maskach i po krótkiej obronie jeden z nich pada z głuchym jękiem na ziemię; towarzysze porywają trupa i wrzucają w odmęty morskie. A potem wszystko niknie jak sen okropny; bo morze znowu, jak przedtem, spokojnie się pluszcze o granitowe schody i tak samo spokojnie płynie w oddali melancholijny śpiew miłości". Do jakiego stopnia można fantazjować na temat tego Nokturnu, najlepiej dowodzi komentarz, którym tę "nocną wyprawę duszy" opatruje Cezary Jellenta. "Słychać tu - pisze on - jakby przedśmiertny śpiew ranionego łabędzia, srebrzysto-biały i omdlewająco słodki. Zrazu nieśmiałe błagania i groźba śmierci; skarga płynie głosem zdławionym, spłaszczonym, jak spod Atlasowego brzemienia, jakby z głuszy katakumb, z ciemnej jaskini ściśniętego serca, które okrutna istność czy potęga tak zesmagała, że może ono zdobyć się jedynie na
— 111 —