zamierającym chwilami, silnie kontrastuje kościelna zwrotka chorału, prosta, a jednak pełna religijnego skupienia. Nokturn ten, będący jakby słupem granicznym pomiędzy dwiema seriami Chopinowskich nokturnów, jest wielce pokrewnym późniejszemu Nokturnowi g-moll, gdzie podobny temat jest rozwinięty daleko szerzej i na większą skalę. Mimo to - zdaniem Hunekera - ten pierwszy jest potężniejszy, bo zaleca się rysunkiem prostszym, więcej pierwotnym, a koloryt jego, mniej skomplikowany, niemniej jest bogaty i smętny. Końcowy ustęp, bardzo uroczysty, zdaje się rozbrzmiewać odgłosem trąb. Wspaniale grywał go Rubinstein.
Następują dwa wspaniałe Nokturny opus 21, cis-moll i Des-dur, będące dla niektórych, jak dla Leichtentritta na przykład, szczytem całego zbioru, co byłoby z krzywdą dla wielu następnych nokturnów. W każdym razie są to już nokturny o czysto chopinowskim nastroju, prawdziwe poematy nocne, z których pierwszy zdaje się być jakąś tajemniczą opowieścią na tle ciemnej nocy, słabo rozjaśnionej sierpem księżyca na nowiu. Kleczyński dorabia taki - nieco melodramatyczny - komentarz do tego przepysznego Nokturnu: "Zda się, że w
— 110 —