Za to pierwsze lekcje u Chopina, niezależnie od tego, czy ktoś był bardziej zaawansowany lub nie, najczęściej stawały się istną męczarnią dla uczniów i uczennic, mistrz bowiem, przeczulony nerwowo, nie znosił głośnego grania, a gdy chodziło o uderzanie w klawisze, dopuszczał siłę mniejszą nierównie, niż to było w zwyczaju u innych pianistów. Zanim się wyrównały te różnice pojęć, tj. zanim uczeń całkowicie się nie przystosował do wymagań nauczyciela, ten ostatni nie przestawał być przykrym. Bo przede wszystkim nie znosił szorstkiego, twardego uderzenia, a dbał o jego miękkość i aksamitność, o to, co po francusku zowie się souplesse. Jakoż drażniło go najwięcej, gdy go urażano zbyt "gburowatym" lub "sztywnym" uderzeniem. Przede wszystkim gra musiała być łatwą i płynną. Toteż nieustannie w czasie lekcji słyszało się z jego ust: Facilement, facilement! W grze wymagał lekkości, powiewności. Gra ciężka, a cóż dopiero brutalna, po prostu zdawała się przyprawiać go o ból fizyczny, tak dalece, że nawet w takich razach potrafił być mniej wykwintnym w dobieraniu wyrażeń na ujawnienie swego niezadowolenia. Opowiada jedna z jego uczennic (śp. Bohdanowa Zaleska), że gdy raz zaczęła grać pierwsze Preludium Clementiego,
— 155 —