do rzadkich wyjątków; owszem, zdarzały się bardzo często. Bo choć Chopin jako nauczyciel posiadał wielką dozę wyrozumiałości, to jednak nie potrzebował wiele, zwłaszcza w późniejszych czasach, gdy coraz mniej umiał panować nad swymi rozstrojonymi nerwami, by wypaść z równowagi, by wpaść w gniew i rozdrażnienie. A nic go nie irytowało w tym stopniu jak niepojętność ze strony ucznia lub zaniedbanie i opieszałość. Bardzo wymagający i sumienny (tak że po kilkadziesiąt razy kazał powtarzać te same kilka taktów, dopóki nie zostały zagrane należycie), tych samych cnót wymagał od swych uczniów i uczennic, a gdy w nich zauważył brak tej cnoty obok tępoty i braku inteligencji, wtedy zdarzało się niejednokrotnie, że w powietrzu latały kartki kajetów muzycznych, a o uszy ucznia lub uczennicy, choćby nią była najpiękniejsza hrabianka czy księżniczka, obijały się cierpkie słowa niezadowolenia i połajania. Wtedy ta ręka wątła, delikatna, kobieca, łamała ołówki (których zawsze po kilka musiało leżeć na fortepianie), a nawet krzesła, jak trzcinki, a kończyło się na tym, że niejedna dystyngowana uczennica, najpiękniejszych nie wyłączając, zapłakana wychodziła z jego mieszkania. Na szczęście Chopin nie potrafił gniewać się długo, a gdy
— 151 —