inni, szukał tego jedynie, co odpowiadało jego własnym upodobaniom. Podobało mu się to tylko, co mu było pokrewne i bliskie; reszcie zaledwie potrafił oddać sprawiedliwość, a i to nie zawsze.
Bądź co bądź, w kwestiach muzycznych zasadniczych, gdy chodziło o oświadczenie się za którymkolwiek z kierunków artystycznych, miał zdanie ustalone, niezachwiane. Choć zdecydowany wielbiciel Rossiniego i Belłiniego, jednak twierdził zawsze, że jeśli o szkołę chodzi, to jest jedna tylko, mianowicie niemiecka. Nie znaczy to jednak, by doń najsilniej przemawiał duch muzyki niemieckiej. Tak nie było bynajmniej. "Równie mało - pisze o nim Liszt - cenił to, co w muzyce włoskiej jest swobodne, światłe, od pedanterii wolne, jak i to, co w niemieckiej znowu prostactwem energicznym, jak bądź potęgi pełnym bywa." Jednocześnie nikt nie był tak skorym jak on do wytykania zboczeń w nowej muzyce włoskiej, w dramatycznej zwłaszcza. Nikt też więcej od niego nie ubolewał nad brakiem wyrazu i prawdy, nad czczą i bezduszną patetycznością, nad niedostatkiem opracowania, nad nagim naturalizmem, nad płytkością harmonii, nad jałowością melodii, obliczoną tylko na
— 140 —