jeszcze inni, jak Albert Sowiński, działali mu na nerwy, a jeszcze innych, jak na przykład Kątskich, nie znosił. Podobnie miała się rzecz z kompozycjami innych muzyków. Lekceważył je sobie po prostu. Nawet tych, z którymi żył w przyjaźni, nigdy nie zapytał o ich dzieła, całkiem nie poruszając tego tematu. A choć mu niekiedy ofiarowywali i dedykowali swe kompozycje, nie był ciekawy ich poznania. Nie zawsze też myślał o tym, by za dedykację odwzajemnić się dedykacją. Tak na przykład w roku 1841 przypisał mu Edward Wolff, jako a son ami Chopin, swoje Grand Allegro de Concert pour piano seul opus 59, ale Chopinowi nie przyszło na myśl, by coś zadedykować Wolffowi. W ogóle jak w życiu stronił od muzyków, tak w sztuce było mu obojętne, co komponowali. Naturalnie, że nie względem wszystkich bez wyjątku zachowywał się z podobnym indyferentyzmem.
Gdy chodziło o kompozycje cudze, uznawał przede wszystkim te, które odpowiadały jego naturze i wymaganiom, tak dalece, że nawet w ocenianiu utworów największych mistrzów nie kierował się żadną teorią ani powtarzał utarte frazesy uświęcone zwyczajem lub opinią powszechną. Pod tym względem był bezwzględnie
— 127 —