zaleceniem, mniejsza zaś o to, czy je uznanie dziś czy jutro spotka. Krytyki się nie lękał, bo tarczą przeciwko niej była nadzwyczajna troskliwość i staranność, z jaką pracował nad wykończeniem każdej ze swych kompozycji. Bardzo wymagający i surowy względem samego siebie, tylko takie dzieła sprzedawał wydawcom, które sam osądził jako dobre. Dlatego wiedział z góry, że żaden krytyk nie zdoła mu wytknąć jakichś błędów lub niedostatków wynikających z lenistwa lub opieszałości. Mając wstręt do reklamy, jak nie dbał, by rozpisywano się o jego kompozycjach, by im poświęcano obszerne artykuły i recenzje, tak i przed koncertami nie ubiegał się o względy prasy, mało się troszcząc o to, czy o nich napiszą co lub nie, czy je pochwałą, czy zgania. Obojętny na krytykę, nic sobie tym samym nie robił z krytyków i recenzentów muzycznych, którym też, o ile to nie byli jego osobiści przyjaciele lub znajomi, nigdy nie posyłał gratisowych biletów, co mu oczywiście wielu miało za złe.
Niewiele więcej robił sobie z muzyków, od których w ogóle starał się trzymać z daleka, możliwie unikając spotkania z nimi, nawet z najznakomitszymi. Il fuyait les
— 125 —