wielką sprawiało używanie mowy rodzinnej; nie tylko bowiem z ziomkami językiem swego kraju rozmawiać lubił, ale i dosadne jego wyrażenia cudzoziemcom nieraz z upodobaniem tłumaczył". Choć pół życia spędził we Francji, ani na chwilę - jak to znów stwierdził Liszt - nie pogodził się z tą "obcą ziemią, której nigdy za przybraną nawet matkę nie uznał, wiecznie swej własnej wierny", żyjąc nią tylko, tylko o niej marząc ustawicznie, po jej upadku, tj. po powstaniu listopadowym, wieczną żałobę nosząc w duszy. Toteż choć niemało liczył przyjaciół między cudzoziemcami, od których na każdym kroku odbierał tyle dowodów sympatii i uwielbienia, najszczęśliwszym czuł się wśród ziomków, między którymi obracać się lubił najchętniej, tylko wśród nich mając najserdeczniejszych przyjaciół, którymi byli przyjaciele i koledzy jeszcze z Warszawy. W ich otoczeniu, jak w ogóle gdy był w gronie ziomków, gdy wszycy byli rozmarzeni jego muzyką, gdy dusze były nastrojone na żałosną nutę, wszystkich umiał rozweselić i rozpogodzić, przedzierzgając się w podochoconego parobczaka, wyśpiewującego wesołe obertasy i krakowiaki, bo celował w udawaniu rubasznej mowy i zadzierzystości chłopskiej Mazurów i Kujawiaków,
— 12 —