krzykliwych słuchaczy zdawał mu się jej zniewagą. Muzyka w słuchaczu tak wymaga natchnienia, jak u wykonawcy. Gdzież szukać go w owym koncertowym tłumie, dla którego sztuka jest pozorem tylko zebrania, czcze formuły uwielbienia zdawkową monetą wrażeń, które nie istniały. Łacniej bić oklasków tysiące niż wylać łzę jedną; do tych trzeba rąk tylko i chęci, do tamtej serca. To nieme uwielbienie, ta cześć skromna jest przecież może jedynie prawdziwą; w niej duch słuchacza z duchem twórcy się zlewa, a wzajemnym wyrażeniem skrzepieni, biegną oni razem w sfery ideału. Ale dla chwil takich, dla tych uniesień mistycznych - koncert to pole jałowe. Chopin znał to dobrze, wiedział, że mała piosenka, że ciche wspomnienie w chwili natchnienia słuchane rychlej podwoje świątyni otworzy niż skarby melodii, potoki harmonii rzucone w nie uświęconej godzinie. Zostawiał więc koncerty tym, którzy hukiem, skokami, blaskiem podbijali ucho i oko słuchacza; sobie zostawił serce, ale go rzadko chciał szukać wśród tłumu. Zresztą wieluż tu fałszywych braci w sztuce inne ma cele jak sztuka; wieluż to z nich robi ją tylko narzędziem, spekulacją giełdową, niesumiennym frymarkiem? Chopin gardził pieniędzmi. W ostatnich latach
— 115 —