z patosu do karykatury... Toteż "gniewano się nieraz na Chopina za to zbyt gwałtowne rozpraszanie czarownych marzeń, za to niespodziane przerzucanie się z jednej ostateczności w drugą. Zdaje się jednak, że to nie był kaprys geniuszu, ale raczej Instynktowo odczuta potrzeba wydobycia się z nastroju, którego podniosłość opłacała się kosztem zdrowia, ile że ta czarowna i niewyczerpana fantazja, która z artysty wylewała się w jego improwizacjach niby boski płyn z przepełnionego pucharu, była zawartą w bardzo wątłym i słabym naczyniu..." Nie dziw więc, że mu zależało na tym, by momentalnie rozproszyć chmurę smutku ogarniającą i jego samego, i całe otoczenie.
Oprócz tych improwizacji w wielkim stylu, równających się natchnionym poematom muzycznym, uprawiał Chopin jeszcze rodzaj improwizacji lżejszej, żartobliwej, w tej zaś, przez wielką intensywność i wybitność uczucia i charakterystyki, umiał swój pomysł oddać z taką precyzją, że stawał się on niemal plastycznym, uzmysłowionym, tak że go nie samo tylko uczucie chwytało, ale że czasem wrażenie jego działało nawet na myśl i na wyobraźnię. Improwizacjami tymi
— 111 —