- i połowy nie było owych żałosnych wiadomości, ba, gdybyż choć matka i siostry wiedziały, jaki ten Paryż naprawdę w kwietniu jest okropny, jak się pogoda 36 razy zmienia, jakie są przeciągi w pokoju... Miał tam od nich kołdrę rol$ temu jeszcze posłaną, którą - jak pisał - "admirują osoby, co ją widziały", nie było przecie matczynej opieki. Jeszcze w roku 1845, w rok więc po wizycie Kalasantostwa, mówiło się o tym, że może pani Obrieskow przywiezie panią Justynę do Paryża, przecie matula nie chciała synowi robić kłopotu, i to na całą zimę, a tam przecież były osoby, które miały o Fryderyku "troskliwe staranie". Były i teraz. Była i pani Etienne, od kilku już zresztą lat zajmująca się gospodarowaniem u Fryderyka, była panna de Rozieres, pani Obrieskow, były Szkotki... Księżnie Marcelinie Czartoryskiej nawet wyjazdy z Paryża nie przeszkadzały być aniołem opiekuńczym, a przecież był i Grzymała, i Cichowski, i Gutmann... Nie zliczyłby wszystkich życzliwych Fryderykowi, nie było już wszelako w ich gronie osoby pełniącej razem rolę matki i przyjaciela. Nie było George Sand. I nie było jej listów do Ludwiki, listów, które zawsze przynosiły trochę uspokojenia. Dwa lata mijały od zerwania stosunków. Poszło o zamęście
— 42 —