nie ożenił, bo "która bogata, szuka bogatego, a jeżeli ubogiego, to nie cherlaka, tylko młodego, przystojnego. Biedę klepać samemu wolno, ale we dwoje to największe nieszczęście". Można bo i "w szpitalu zdechnąć", ale nie można po sobie żony bez chleba zostawić... Co tam ! Czuł się "bliżej trumny, jak łoża małżeńskiego"... A z samym początkiem listopada powrót do Londynu i choroba utrzymująca w mieszkaniu aż do dnia wyjazdu, więc do dnia 23 listopada, z wyjątkiem 16-go, by grać przez godzinę na polskim koncercie dla rodaków. Mimo jednak doktora Mallana (a znajomy to pań szkockich, co tu znowu się zjawiły), który chorego cudem nieledwie na tę godzinę "wysztyftował" i mimo poczciwego Szulczewskiego, emigranta, sekretarza Towarzystwa Literackiego Przyjaciół Polski w Anglii, którego to właśnie staraniem i bal doroczny Przyjaciół Polski, i koncert... i mimo pana Broadvooda, i tylu innych w poczciwości się przechodzących, mimo też i całej dobroci księżny Marceliny Czartoryskiej, która co dnia w odwiedziny, niczym do szpitala, przychodziła - duszność się zwiększała, ba, wymagała nawet zmiany na "z większymi pokojami pomieszkania", żeby łatwiej było oddychać, a dokuczały też jeszcze i bóle głowy, i newralgia, i
— 19 —