obecności królowej Wiktorii - która dwakroć z nim rozmawiała, a książę Albert przybliżył się nawet do fortepianu, co się tam ocenia jako "żadkie rzeczy"... Prawda, że otrzymał propozycję grania w Filharmonii, co było wyróżnieniem, a z czego jednak nie skorzystał i choć zapewniano go, że grano już tam jego koncerta i z efektem, wolał nie, gdyż "orkiestra, jak ich rozbif albo i zupa żółwiowa, mocna, tęga, ale tylko to" ... Prawda, że pisano mu tu "piękne artykuły po dziennikach", prawda, że na koncercie w Cowent Garden Théâtre pani Viardot - "nie proszona" od niego - śpiewała jego Mazurki i nawet zażądano, by je powtórzyła... i prawda, że mu urocza, genialna panna Lind - "aż do północy szwedzkie rzeczy śpiewała".
Wszystko to prawda, ale do londyńskiego powietrza trudno się było przyzwyczaić i życie wśród owych wizyt, długich obiadów i wieczorów towarzyskich ciążyło, a przecież jeszcze i koncerty, i lekcje... Tak, lekcje, bo trzeba było się utrzymać, a tu jeszcze i lokaj, Włoch ("si jamais il y avait un italien")26, pieniądze podbierał i nie chciał jeździć razem, jeśli miast tańszej dorożki - powozu się nie najęło. Nie
— 16 —