rodzinę Barcińskich i Jędrzejewiczów. Szczęśliwie też uniknęły dzieci Kalasantostwa tak ospy ("attakowała" ona nawet królowę angielską), jak szkarlatyny, kokluszu i zimnicy, których to chorób nie brakowało jeszcze i teraz, w grudniu. Henryś, Fryderyk i Antoś czekali więc w dobrym zdrowiu na mamę i siostrę, powrót których spodziewany był pewno gdzieś na przełomie grudnia ze styczniem. Czy wojna wypowiedziana rodzinie Ludwiki przez jej męża zawieszoną została choćby na dwa uroczyste dni świąteczne Bożego Narodzenia? Lub choćby, ze względu na pozostające przecież u babki dzieci, na ów jeden jedyny Wieczór Wigilijny? Nikt nam już na to nie odpowie, jednego wszelako możemy być pewni, że po wieczerzy z drzewkiem i "kolędą" Barcińscy (a może i pani Mikołajowa, o ile reumatyzm, tak groźny w tym miesiącu, zezwolił) wybrali się z najstarszym z trójki chłopców Ludwiki, 16 i półletnim już Henrykiem na Mszę świętą Pasterską do pobliskiego parafialnego kościoła Ś-go Krzyża (choć pół Warszawy to kierowało w teraźniejszą Wilię swe kroki do wyświęconego, w dniu 4-ym listopada, parafialnego kościoła Ś-go Karola Boromeusza przy ulicy Chłodnej i do pięknie odrestaurowanego w tym roku kościoła
— 143 —