Karlsbadu".
W chmurną zaś i gradową aurę zjechał Kalasanty do Warszawy, bowiem "zastraszające (...) od dni kilku zimno" wprawdzie w dniu niedzielnym 1-go października "nieco sfolgowało" - wydaje się wszakże (a to po opóźniających się zwykle, najmniej o dwa dni, doniesieniach w prasie o przyjezdnych), że nasz wojażer przywitał się z Warszawą ostatniego lub nawet przedostatniego września. Z Warszawą i z rodziną. Czyliż jednak sam nie był podobny do gradowej chmury, wszelako tej nieustępliwej, do dania folgi nie skorej? Zważywszy na mające się już teraz stopniowo pogarszać stosunki Jędrzejewicza z żoną i jej rodziną, już samo pewno powitanie innym się okazało niż pożegnanie, boć jak Ludwika wyzna w trzy lata później - innym był jeszcze, jak z nią do Paryża jechał, "nie takim", jak wracał do domu. Z chmurnego czoła wiele wyczytać można, przecie odrzuciwszy z relacjów podróżnego i to, co raniło serce matki i siostry - każdziutkie słowo było na wagę złota, było stamtąd, choć napawało przeczuciem rychłego już końca i rozpaczą. Robiąc zaś "zdanie sprawy" z pobytu w Paryżu, czy przyznał się
— 104 —