ieszcze mniej będzie potrzeba". Cóż, między Waszyngtonem a Baltimore to już nawet urządzono telegraf magnetyczny, przy czym "bieg depesz trwa tylko iedną minutę", a w wojnie francusko-marokańskiej też ponoć marszałek Bugeaud posługuje się depeszami, tylko że je mgła przerywa... Pewno też już i przyszedł list dla Ludwiki od Fryderyka z dołączonym listem od pani Sand, opatrzony datą 18 września - jak wreszcie i Kalasantostwo stanęli na warszawskim bruku. W numerze 268 Kurjera Warszawskiego z poniedziałku 7 października - na liście: "PRZYJECHALI DO WARSZAWY" odnotowano:
"(...) Jędrzejewicz Profes: Prawa, z Paryża;..."
Kiedy owa notatka pojawiła się w prasie - Kalasantostwo, którzy najprawdopodobniej przyjechali w sobotę, 5 października, byli już i po pierwszych uściskach powitalnych z dzieciskami i całą rodziną i zdążyli rozpakować podróżne toboły i podzielić się wrażeniami z podróży, których im przecie nie zabrakło aż do samych rogatek, do których to dojechawszy trzeba było - w myśl ponowionego jeszcze w lipcu rozporządzenia Ober-Policmajstra Miasta Warszawy, jenerał-majora
— 118 —