rzetelnie, że panowała ona już od wielu tygodni i właściwie "niewiadomo iak się to stało - mówili Warszawianie - że w roku bieżącym nie mieliśmy lata; skoczyliśmy wprost z wiosny w gatunek iesieni. Była to smutna alternata, rodzaj mniej przyiemnej surprizy; ale życie ludzkie pełne iest takich niepowodzeń i przykrych niespodzianek; poluiesz na sarnę, zabiiasz lisa; kochasz się w blondynce, a żenisz się z brunetką; uganiasz się za sławą, a łapiesz... nic! Czekałeś na lato, a dostałeś coś co nie iest ani zimą, ani wiosną, ani iesienią, a przecież nie iest latem".
Mimo wszakże, że i bociany już się wyniosły - przyszedł dzień dość ciepły i dość pogodny ("dziś rano ciepła stopni 9" - "w połud: 18"), a był nim dzień poniedziałkowy 2 września, dzień - prócz dobroczynnej aury przynoszący jeszcze każdemu, według wyciągniętego przez ślepą Fortunę losu, wiązkę zmartwień lub radości, albo i miszkulancję jednych i drugich... Dzień ten i dla pani Justyny Chopinowej, oraz i Antoniostwa Barcińskich był dniem, który oprócz dobrego nastroju wynikającego ze zmiany "powietrza", był także dniem nieustającego przenoszenia się myślą tej rodziny do
— 104 —