przedmioty, drzewa w ogrodach, latarnie i barjery na ulicach", a wychodzące z domów młodziuchne damy i kawalerów okrywał przedwczesną siwizną - żartem był przecie w porównaniu z zasypaniem w początkach lutego Warszawy śniegiem ("iak niegdyś Pompeianum popiołem"), czyniącym z ulic białe kurhany i wąwozy, tak że dopiero w początkach marca "massy nagromadzonego śniegu i lodu na celniej szych ulicach Warszawy wyrąbane i wywiezione zostały". Zanim jednak miasto uwolniło się od lodowych wybojów i grudy, dźwiękliwy szczebiot sanek (wpośród których jeszcze i te dawniejsze w kształcie łabędzia i greckiego faetonu) ustępował skrzypieniu kół żałobnych wehikułów zmierzających ku Powązkom. Ani bowiem szał uciech karnawałowych, dochodzący w pierwszej dekadzie lutego do zenitu (a "iest to gorączka, na którą nie ma lekarstwa w aptekach, którą Środa popielcowa od razu uśmierzy, ale którą tym czasem utrzymuią w wysokim stopniu natężenia muzyka i taniec"), ani w dniu 11-ym lutego "-krotna salwa" dział z Cytadeli i toastowy huk armat, na tarasie zamkowym nad samą wodą ustawionych, który by i umarłego na nogi postawił, jak również trzydniowa wieczorna iluminacja calutkiego miasta, pomnożona jeszcze o dalsze trzy dni z okazji zaślubin
— 10 —