przeszkadzała nawet odprawianiu po mieście pielgrzymek do Grobu Świętego - w samo południe dnia tego opuścił Liszt Warszawę udając się do Petersburga i Moskwy, w podróż zaś ową wybrał się warszawską "steinkellerką".
Przecie choć już Mistrza w Warszawie nie stało - "wśród powietrzokręgu harmonią jego tonów przesyconego" płynąć poczęły słów dźwięki, bowiem "gdy umilkła proza, lutnia poety zabrzmiała", po modnym więc akrosty-chu sławiącym tego, który "Wiekom wydarł Harmonję i Wiekom przekazał" - ozwali się "cyganie" z "młodej piśmienności warszawskiej", wystąpili zaś z całym zasobem modnych na ówczas rekwizytów piekielnych, jako że i w modzie były galopady "Szatańskie i polki "Szatanki", że chodziło się do teatru na Pamiętniki Szatana, że na bale nosiło się fraki "koloru mgły czarnej", a na maskaradach można było być "Lucyperkiem" albo "Robertem Djabłem"... Co tam! Diabeł modny był i za granicą. Wołał więc do Liszta Włodzimierz Wolski:
"Twój ton - to niebo! twój ton - to piekło!
— 61 —