pośrednie odcienia między temi sprzecznemi ostatecznościami, że i martwe ściany muszą rozumieć wyrazy jego pieśni i płakać i cieszyć się, i drżeć i triumfować z nim razem".
A nie pozostała w tyle i Gazeta Codzienna, zamieszczając sprawozdanie z koncertu pióra Józefa Mikołaja Wiślickiego, który tak oto emocjonalnie, w guście epoki, scharakteryzował grę Mistrza...
"Tymczasem leją się potoki tonów: to sroży się wściekły huragan pustyni, wyją wiatry, to rozpogadza się oblicze nieba; pieśń rodzi nową pieśń, czułą jak kwilenie sieroty, smętną jak żal opuszczonej kochanki, tryska żar wojownika lub wesołość bachancka, szalona; na licach Liszta kolejno ryją się te uczucia, spogląda w około, na słuchaczach toż samo znamię, on teraz im króluje. Potęga to muzyki geniuszu umiała wczoraj wstrząsać tysiącem serc, które się w jedno zamieniły".
Nie liczyły się już tedy plotki, że jenialny wirtuoz podczas swego pobytu we Wrocławiu "przegrał w gry
— 52 —