Tedy... "dopisuję się - tłumaczył się Damse - upraszając, ażebyś tam w Paryżu raczył być opiekunem i mentorem moich dzieci, Turczynowiczów; może oni za pomocą Pana Fryderyka zatańcują tam i przypomną Ci tany i nutę ziemi, na której się urodziłeś, a która chlubi się Tobą". Zostawiwszy tedy pod opieką dziadków półrocznego Franciszka Ksawerego (a w kumy to poprosili jenerała Józefa de Reutenstrauch, prezesa Dyrekcji Teatrów, który umarł przecie już w pół roku później, i Teodozję Gwozdecką, artystkę baletu, kochankę ponoć jenerała) zawędrowali nasi tancerze do Paryża, Fryderyk zaś okazał się chętnym ku pomocy i z kim mógł, rad był ich poznawać i pokazywać, choć co do Witwickiego, bezprzestannie tęskniącego za krajem i może właśnie dlatego unikającego wspomnień... A zatem... "nie chcę ja tych tańców - pisał do Fryderyka w dniu 17-ym października "wspomnionego" 1842 roku - bolałyby mię oczy, uszy i serce. Nie mam za złe dwojgu biedakom, że dla kawałka chleba hołubcują po świecie, trudnoby po tancerzach wymagać, aby nie byli tancerzami; ale niech się insi bawią tym widokiem. Wreszcie może to dziwactwo moje"... Turczynowiczowie zaś hołubcowali widać nie najgorzej, skoro pod datą 8 listopada tegoż
— 11 —