prac jesiennych, a będący w przededniu Adwentu, był wszak ze zwyczaju już jakby miesiącem ślubów. Co do aury nawet, miesiąc ów tego roku rozpoczął się pogodą tak przyjemną, "iak rzadko w Listopadzie bywa". I tak się dziwnie złożyło, że dopiero w połowie miesiąca, prawie równo z gwałtownym wyjazdem gorącej senority Mon tez, zaczął padać tak gęsty śnieg i takie zaczęły szaleć zamiecie, że nawet poczty przychodziły z opóźnieniem, a podróżni z cięższych powozów przesiadali się w lekkie bryczki, żeby dobrnąć do Warszawy. W ogóle "mało kto pamięta, aby w środku iesieni tak obfite spadły śniegi i tak wyborna była sanna..." Nikt się zaś nie zląkł, kiedy w tydzień później przyszły roztopy, bowiem i o trotoary dbano coraz bardziej, i także jeszcze w lipcu na Bielańskiej, od narożnika z Senatorską, gdzie świeżo postawiony dom Bruna, ułożony został chodnik marmurowy na trotoarze, a ciągnie się i przez Długą, i przez plac Krasińskich aż do samego ogrodu "tegoż nazwiska"... położony też, latem jeszcze, chodnik smołowcowy, idący od Archikatedry przez plac Zygmunta III, wzdłuż Zamku i częścią ulicy Grodzkiej do pałacu Pod Blachą i do rogu ulicy Mariensztadt - dociągnięto w końcu września aż za
— 103 —