się wzruszająca epoka ciągłych wyjazdów. Wszyscy byli przekonani, że emigracja się skończyła, że ojczyzna lada dzień zmartwychwstanie; każdy sprzedawał rzeczy, żegnał się z przyjaciółmi, gotował się do drogi. Wyruszano drobnymi oddziałami po trzystu; koleje francuskie przewoziły emigrantów darmo do granicy niemieckiej, Strasburg naznaczono jako miejsce ogólnego zgromadzenia; komitety ograniczyły swoją czynność do zbierania składek dla pozostałych żon i dzieci po emigrantach; pisma emigracyjne przestały wychodzić, wydawszy "ostatnie numery na obcej ziemi"; słowem wszystko się rozluźniło, zniknęły ślady najlżejszej organizacji, a choć nie wszyscy pochwalali takie "bezmyślne" rwanie się do kraju na niepewne, choć nie brakło takich, co sobie jasno zdawali sprawę z nieuniknionych następstw podobnej wyprawy, nie pomogły żadne napominania, bo nikt nie słuchał.
Chopin, który na ogół podzielał te ogólne złudzenia, te
świetne nadzieje, jednak należał raczej do tych, co sytuację sądzili dość trzeźwo. W każdym razie,
— 125 —