zastanowienia, a w każdym razie brzydko świadczące o dziwnej zakamieniałości serca. Żal mu było Fernanda, a nie mógł patrzeć na Clésingera. Podrażniony w najwyższym stopniu, nie zawsze umiał zapanować nad swym wzburzeniem, któremu też niejednokrotnie w ciągu tych przełomowych dni dał nader wybitny wyraz. Tym sposobem przyszło do szeregu przykrych "scen" i "bataliów", podczas których jeszcze bardziej się zaostrzył stosunek Chopina z Maurycym. Wszystko to miało swój fatalny wpływ na całą atmosferę w domu pani Sand, która to atmosfera, podsycana przez Maurycego i Augustynę, z każdym dniem, ba, z każdą chwilą stawała się coraz cięższą. Burza po prostu wisiała w powietrzu: lada chwila mógł uderzyć piorun,
Jakoż uderzył niebawem. Jak jedna iskra rzucona do lochów z prochem wystarcza zupełnie, by wystąpił wybuch, by cały gmach wyleciał w powietrze, a następnie przemienił się w bezładne rumowisko, tak i w tym wypadku, wobec niesłychanego nagromadzenia palnych materiałów, wystarczył drobiazg, by cały gmach - gmach szczęścia Chopina - momentalnie stanął w płomieniach. Jak to było do przewidzenia, katastrofę
— 10 —