krzaków, łażą od jednego do drugiego gościa. Taki bęben, cały liściami zakryty, z gałęziami na głowie, nazywa się Pfingstkônig. Ma to być obchód Zielonych Świątek. Oryginalne głupstwo!" Innym razem, w towarzystwie poczciwego Wiirfliska, Czapka, Kumelskiego i jeszcze paru znajomych wybrał się do St. Veit. "Ładne to miejsce, ale nie powiem tego o tak zwanym tu Tivoli, gdzie jest rodzaj karuzelu, czyli ślizgawki na wozach, jak oni tu zwą Rutsch. Jest to ogromne głupstwo. Mnóstwo jednakże osób spuszcza się tymi wozami z góry na dół bez żadnego celu; anim chciał na to patrzeć. Dopiero później, ponieważ nas ośmiu było (i to samych dobrych przyjaciół), jakeśmy się razem zaczęli spuszczać na wyścigi, kto prędzej doleci, pomagając sobie nogami, nabierało to celu współubiegania się i z zapalczywego tej głupiej wiedeńskiej zabawy malkontenta gorliwym prozelitą zostałem, dopóki znowu rozum nie przyszedł do głowy i myśl, że tym zabawiają zdrowe i mocne ciała, tym bałamucą zdatne umysły, i to wtenczas właśnie, kiedy takowych naród cały wzywa na swoją obronę. Niech ich diabli porwą!" Myśl ta psuła mu całą zabawę, bo uderzony kontrastem tej bezmyślnej swawoli z tym, co mogło w tejże samej chwili dziać się w kraju, nie
— 344 —
Polecamy: