wyspie, był tak lichego gatunku, że nieraz nas nabawił dotkliwych boleści. Pobyt nasz w tej romantycznej pustelni stałby się dość przyjemnym na przekór dzikości kraju i sknerstwu mieszkańców, gdyby nie smutny widok cierpień naszego towarzysza, a niekiedy rzeczywista obawa o jego życie, która gwałtem pozbawiając mnie przyjemności z dokonanej podróży, korzyści jej niweczyła. Biedny artysta nieznośny był w chorobie. To, czegom się obawiała, na nieszczęście nie dość silnie, ziściło się. Zniechęcił się najzupełniej. Znosząc cierpienia dość mężnie, nie zdołał pohamować niespokojności swej wyobraźni. Klasztor wydawał mu się miejscem pełnym widm i duchów, nawet wtenczas, gdy mu ból w piersi mniej dokuczał. Taił on się z tym przed nami, lecz łatwo to było odgadnąć.
Dłużej i silniej go smutkiem przejmował krzyk żałosny zgłodniałego orła czepiającego się po urwiskach Majorki, przeraźliwy świst wichru i ponura nieruchomość ciosów obciążonych śniegiem, aniżeli rozweselało wonne pomarańcz kwiecie, giętkie winne latorośle chylące się pod gron ciężarem lub mauretańska piosnka pracującego w polu rolnika. Przesadne
— 106 —
Polecamy: