Tym sposobem, gdy Chopin o umówionej godzinie stawił się u Wodzińskich, zdziwił się niepomału, zastawszy tu prócz domowych jeszcze mnóstwo gości. Nie spodziewał się tego co prawda, ale domyślił się z łatwością, co było powodem tak licznego zgromadzenia; ponieważ towarzystwo było czysto polskie, więc od razu poczuł się w swoim żywiole. Sami państwo Wodzińscy powitali go tak serdecznie jak syna, który po 5-letniej wędrówce wracał z dalekich krajów, i to otoczony aureolą sławy europejskiej! Po prostu cała rodzina nie mogła nacieszyć się nim dosyć! Przyszła kolej na opowiadania, na wzajemne wynurzenia, aż w końcu przyszła taka chwila, w której Chopin, ulegając gorącym prośbom całego zebranego towarzystwa, zasiadł do fortepianu. Grał bardzo dużo, nie dał się prosić, gdyż w ogóle był doskonale usposobiony tego wieczora...
Sprawiła to głównie wdzięczna osóbka Marii Wodzińskiej, która, gdy ją ostatni raz w 1830 roku widział w Warszawie, miała lat jedenaście, a więc jeszcze nie była nawet podlotkiem, a która obecnie, licząc sobie lat szesnaście, już mogła pretendować do tytułu panny na wydaniu.
— 3 —