zobaczył utwór swój czarno na białym, zaraz zaczynał mieć cały szereg wątpliwości co do jego formy, w jaką przyoblekał dany pomysł, i, niezadowolony z tego i owego, zasiadał do pracy z krytycznym pilnikiem w ręku, próbując szlifować już wykończony niby utwór, i usiłował w ten lub ów sposób, za pomocą mnóstwa zmian, dopełnień, skróceń, wzmocnień i osłabień akordów i pasaży, nadać mu kształt doskonalszy, artystyczniejszy, bardziej go zadowalający. Były to przeważnie marsze, polonezy, walce, galopady, wariacje, bo tego rodzaju kompozycje taneczne największym w tych czasach cieszyły się wzięciem, a choć były to jeszcze rzeczy dziecinne, naiwne, nieoryginalne, to jednak upoważniały do wróżenia chłopcu jak najświetniejszej przyszłości na polu kompozytorskim. W końcu przyszło do tego, że poczciwy Żywny, oszołomiony genialnymi zdolnościami małego Frycka, zaczął się czuć niezdolny do pokierowania nim, że postanowił mu zostawić zupełną swobodę i tylko uważać, by chłopiec nie zeszedł z właściwej drogi, by się rozwijał niezbyt samowolnie i w pewnych granicach, by nie odbiegał od kierunku, który wytykały dzieła fortepianowe Bacha, a który poprzez sonaty Haydna, Mozarta i Beethovena prowadził do świeżo
— 40 —